NextGEN Gallery Plugin Not found

Na BERLIN !!! | Grupa Militarno-Historyczna Berliner Mauer

Na BERLIN !!!

 

Jako grupa rekonstruująca nie tak dawne, a w Polsce nie znane wydarzenia podjęliśmy decyzję o wyjeździe do miasta, w którym wszystko się zaczęło, czyli do Berlina.

Tak jak do grup rekonstruujących wojska Amerykańskie ważnym miejscem jest wybrzeże Normandii, tak do nas wielkie znaczenie ma BERLIN. Z jedną małą różnicą –  we Francji  na wybrzeżu Normandii gdzie alianci zorganizowali D-Day w 1944 roku nikogo nie dziwi jak do dziś przewija się po plaży tłum żołnierzy w historycznych mundurach, którzy zjeżdżają się z całego świata. Nie można tego powiedzieć jednak o takim mieście jak Berlin, w którym od upadku muru berlińskiego ludzie zapomnieli jak wyglądali żołnierze którzy pilnowali tej granicy. Jak się okazało musiało minąć 23 lata kiedy pod Bramą Brandenburską znowu stanął niewielki oddział żołnierzy bratniej Armii NRD.  Tym oddziałem byliśmy my. Pomysł na zwiedzenie Berlina chodził nam po głowie od samego początku, kiedy założyliśmy grupę. Warunek jaki sobie postawiliśmy był taki że jak mamy jechać, tam gdzie to się zaczęło to tylko oficjalnie w pełnym umundurowaniu. Żeby to zrobić musieliśmy napisać pisma o zgodę, wpierw do ambasady Niemiec w Polsce, potem do ministerstwa obrony Bundeswehry w Berlinie, gdzie skierowano nasze pismo do służb porządkowych urzędu miasta Berlina. Kiedy dostaliśmy pozytywną odpowiedź, w której nie było przeszkód na zwiedzenie Berlina w tej formie. Postanowiliśmy przygotować się do tej wycieczki jak najlepiej. Głównym i najważniejszym punktem były mundury i ekwipunek który musiał być zgodny z regulaminami wojskowymi. Zdawaliśmy sobie sprawę, że po dwudziestu latach na ulicy możemy spotkać byłych funkcjonariuszy tych służb które rekonstruujemy i nie mogliśmy dopuścić do tego, że ktoś by nam wytykał niezgodność z regulaminem. Po przestudiowaniu map historycznych i teraźniejszych wybraliśmy hotel w najbardziej dogodnym miejscu, tak by nie paradować w uniformach bez celu po Berlinie, tylko od razu znaleźć się w miejscu które nas interesuje. Hotel który udało nam się zakwaterować stał według mapy historycznej w strefie sowieckiej, na  Warschauer Strasse, jakieś dwieście metrów od granicy, gdzie do dziś stoi ok. 2000 m merów muru, który jest zachowany jako galeria artystów malująca Graffiti.

 

To miejsce nazywa się East side galery i to w tym miejscu są sławne na cały świat malunki min. trabanta przejeżdżającego przez ścianę czy całującego się Breżniewa z Honeckerem. Nasza obecność pod tym dwukilometrowym fragmentem muru wywarła nie lada sensacje, turyści, przeważnie z kraju kwitnącej wiśni, kiedy nas zobaczyli nie dawali nam spokoju, pstrykając zdjęcia ze swych super nowoczesnych małych japońskich aparacików. Byliśmy zmuszeni do ucieczki przed nimi gdyż nie było szans zrobić sobie zdjęcia bez Azjaty w kadrze. Kolejnym punktem który był na naszej liście było historyczne przejście graniczne między strefą sowiecką a amerykańską. Checkpoint Charlie, bo tak się to przejście nazywa, było oddalone od  East Side Gallery o jakieś 5 km. Postanowiliśmy, że przejdziemy ten odcinek na piechotę wzdłuż szlaku, którym biegł mur. Jest on zaznaczony kostką brukową.

Nasza obecność w pełnym umundurowaniu na ulicy była dla nas dość emocjonującym przeżyciem, zwłaszcza tam, gdzie ślad po byłej granicy zaznaczony był tylko przez niewielki pas kostki a ludzie widząc nas nie hamowali zdziwienia. Przechodziliśmy obok jednego domku, gdzie przed drzwiami siedział na krześle dziadek, który widząc nas z daleka stał na baczność i z szeroko otwartymi ustami nam salutował. Widząc ten entuzjazm odwdzięczyliśmy się tym samym pozdrawiając go po żołniersku, sami byliśmy równie zdziwieni zachowaniem tego starszego pana. Zanim dotarliśmy na Checkpoint Charlie, mieliśmy bezpośrednie spotkanie z dwoma policjantami, którzy podjechali na motocyklach.  Policjanci zatrzymali się na skrzyżowaniu i podobnie jak dziadek nie kryli zdziwienia, widząc nas w takich strojach, po chwili konsternacji, dziwną atmosferę rozładowaliśmy pozdrawiając ich salutowaniem. Oni uśmiechnęli się i machnięciem ręki odjechali. Po tym spotkaniu z policją byliśmy już pewni że nasza obecność nie wywołuje negatywnych emocji. Wiadomo, że pozwolenie które dostaliśmy nie musi być odzwierciedleniem pozytywnego odbioru nas na ulicy. Jak się jednak okazało przez cały czas naszej wizyty nie dotarły do nas żadne głosy krytyki. Kiedy weszliśmy na teren byłego przejścia granicznego Checkpoint Charlie, okazało się że jest tam zachowany punkt kontrolny, gdzie powiewają flagi czterech mocarstw, stoi odrestaurowany biały posterunek obłożony workami z piaskiem, tak jak w 1961 roku kiedy na tej ulicy stały czołgi sowieckie i Amerykańskie z wymierzonymi działami naprzeciw siebie. Do celów turystycznych na posterunku za 2 euro można zrobić sobie zdjęcie z amerykańskim żołnierzem, który stoi tam od rana do wieczora.

 

Gdy pojawiliśmy się na tym posterunku żołnierz ten, co już było normą zrobił, zdumioną minę. Nie chcąc robić mu robić konkurencji, przedstawiliśmy się, że jesteśmy z Polski, co jeszcze bardziej go zaskoczyło. Zrobiliśmy sobie z Nim zdjęcie, żartując, że on ma nam zapłacić dwa euro, po czym Amerykanin wyjął z torby własny aparat i sam pozował do zdjęcia. Obok punktu granicznego jest muzeum muru berlińskiego, cena za bilet wynosiła 12,5 euro, co było dziwne, bo w każdym innym muzeum ceny wahały się od 4 do 6 euro. Muzeum udało się zwiedzići po małej zniżce, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć, jak wyglądały przyrządy które strzegły granicy, jak i różne wynalazki które pomogły obywatelom NRD w ucieczce przez mur. Zwiedzając to muzeum byliśmy odbierani jak żywe eksponaty, co mogło doprowadzić do zawału innych zwiedzających. Wracając do hotelu postanowiliśmy ze z korzystamy z komunikacji miejskiej, która w porównaniu do żywego organizmu, Berlinie jest krwiobiegiem, który działa na najwyższym poziomie. Kiedy na Koch Strasse gdzie jest Checkpoint Charlie i muzeum Muru, zeszliśmy do U-bachn, czyli podziemnego metra. Po zorientowaniu się jak dojechać do naszego hotelu, zauważyliśmy że pociągi jeżdżą tam z niesamowitą precyzją, a bilety które kupiliśmy uprawniają nas do podróżowania wszystkim środkami komunikacji miejskiej.

Z jedną przesiadką z U-bahn na S-bahn, czyli kolej nad ziemną, w hotelu byliśmy po pięciu minutach od skasowania biletu na Koch Strasse.

Kolejny dzień był zaplanowany na szybkie obejście targów staroci, gdzie mieliśmy nadzieje na zakup, to co pozostało po DDR, lecz ku naszemu zdziwieniu, na placach gdzie mieliśmy zaznaczone na mapie, były albo pomidory i sałaty ,albo kiczowate pamiątki sprzedawane przez Turków.

Kolejnym miejscem gdzie mieliśmy w planie zwiedzić  to muzeum motocykli DDR, muzeum Berlina i muzeum DDR oraz oczywiście Brama Brandenburska. Muzeum motocykli znajduje się przy Aleksander Platz, na którym jest wybudowana sławna wieża telewizyjna. Tam z hotelu pojechaliśmy już S-bahną, żeby nie tracić czasu na piesze wędrówki, Szokiem do nas było jak wyszliśmy z dworca na ulice, na której stało 10 radiowozów, i pięć razy tyle policjantów, wpatrujących się na nas.  Wysiadając z pociągu ustawiliśmy kolumnę dwójkowa i równym krokiem w podkutych butach, przemaszerowaliśmy po korytarzach dworca  na ulice, gdzie wspomniany kordon policjantów, jeszcze nas nie widział, a pewnie słyszał  jak dudni korytarz stacji S-bahny. Kiedy zobaczyliśmy tych policjantów, ciśnienie trochę nam  podskoczyło, ale jak się okazało oni mieli inne zadanie, które było przypilnowanie kibiców. Policjanci widząc nas uśmiechali się do siebie, a niektórzy z wyciągniętymi komórkami robili nam zdjęcia.

Aleksander Platz zaskoczył nas mieszaniną teraźniejszości z przeszłością, budynki które wybudowane zostały po upadku NRD, komponują się z tymi, które pamiętają jeszcze rządy Honeckera. Największe wrażenie robiły ściany wiaduktu, który unosi nad ziemią torowiska pociągów  miejskich i dalekobieżnych wraz ze stacją kolejową, jest to ogromna budowla wykonana z granitowych bloków, które oparły się ciężkiej artylerii, armii czerwonej która przetoczyła się przez Berlin 1945 roku. Ściany te noszą blizny po tamtych czasach i oddają minimalne odzwierciedlenie tego co się wydarzyło u schyłku Trzeciej Rzeszy.  Naszym celem była Brama Brandenburska, ale zanim stanęliśmy pod nią  mieliśmy do przejścia ok. 5 km, gdzie co krok mogliśmy napotkać namacalną obecność byłego systemu, który kierowany był przez komunistyczną partię jedności SED. Na Aleksander Platz głównym punktem, którego nie sposób nie zauważyć, jest wieża telewizyjna, która została wybudowana miedzy 1965 a 1969 roku i ma 368 m wysokości. Pomiędzy nowoczesnymi wieżowcami ze szkła, wybudowanymi już po zjednoczeniu Niemiec, stoją budynki które prawie nie zmieniły swojego wyglądu od czasów świetności DDR.

Zegar urania który był przedstawiany prawie na wszystkich NRD-owskich widokówkach, stoi niewzruszony i bez względu na podziały polityczne, czas przez niego odmierzany jest taki sam.

Zanim przeszliśmy na najbardziej znaną ulicę w Berlinie Unter der Linden, natrafiliśmy na muzeum motocykli DDR, gdzie można było zobaczyć wszystkie motocykle wyprodukowane w republice demokratycznej.

Stały tam motocykle seryjne jak i prototypy które nigdy nie weszły do produkcji, oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy przy motocyklach które były w służbie armii NVA. Z powodu ograniczonego czasu jaki nam pozostał na zwiedzenie Berlina, musieliśmy odmówić zaproszenia w pizzerii  przy której właściciel widząc nas w pełnych mundurach poprosił o wspólne zdjęcie pod jego szyldem restauracji, za tą przysługę zaprosił nas na gratisowy poczęstunek i obiecał nam ze to zdjęcie powiesi na ścianie jego pizzerii.

 Na Unter der Linden nasza obecność wywoływała wielkie poruszenie, ludzie zatrzymywali się i robili zdjęcia kiedy maszerowaliśmy miedzy starymi odrestaurowanymi budynkami muzeów jak i gmachów rządowych.

Kolejnym miejscem które było na trasie zwiedzania było muzeum DDR  przygotowane tak by zwiedzający mógł czynnie uczestniczyć w wystawie, w muzeum tym były eksponaty które dotykały wszystkich dziedzin życia w byłym NRD, od sali przesłuchań Stasi aż do wyposażenia mieszkania w bloku z pokojem, łazienką i kuchnią. Tak jak mogło by zdziwić zachodnich turystów patrząc na mieszkanie w szeregowym NRD-owskim bloku, tak nas przyprawiło we wspomnienia naszych mieszkań w czasach PRL.

Zabawne było, kiedy stojąc nieruchomo przy jakimś eksponacie, ludzie brali nas za figury woskowe. Berlin już nie jako miasto, ale jako centrum i to historycznie wschodnioniemieckie jest tak ogromne że nie sposób wszystkiego obejść. Myśmy wybierali miejsca, które są związane z nasza działalnością, a i tak było to trudne do zrealizowania. Jak można było zauważyć historycznie Berlin promuje dwa okresy, jeden pamiętający czasy Fryderyka Wielkiego, walczącego z Napoleonem, i okres DDR gdzie można w sieci sklepów kupić pamiątki związane z murem berlińskim jak i plakaty z uśmiechniętym Erichem Honeckerem. Okres dwóch wojen światowych jest ominięty, jedynie w muzeum Berlina była mała wystawa przedstawiająca rząd III Rzeszy jak plany rozbudowy Berlina przez czołowego architekta Alberta Speera. Dziwne było to, że w każdym muzeum można było wypożyczyć translator tłumaczący na różne języki to co jest wystawione, niestety było do wyboru 12 języków oprócz Polskiego. Trudno uwierzyć by było to celowe zagranie, może nasi rodacy nie wyrażają chęci odwiedzać muzea. Kiedy doszliśmy do najbardziej rozpoznawalnej budowli Berlina, jakim jest Brama Brandenburska, musieliśmy się śpieszyć na zrobienie zdjęcia grupowego przed nalotem turystów, którym chodziło o zrobienie zdjęcia z Nami.

Jedni stali w oddali przyglądając się nam, dopiero kiedy nabrali pewności że można zrobić zdjęcie podchodzili. Brama na którą patrzeliśmy uruchomiała naszą wyobraźnie, kiedy można było przypomnieć sobie sceny filmów archiwalnych, kiedy na tym samym placu maszerowali żołnierze III rzeszy, Armii Radzieckiej jak i wojsk Alianckich. Dodatkowo patrząc na nas samych, przedstawiały nam się sceny z lat 70 kiedy wojska straży granicznej DDR tak jak my przechadzali się pod Bramą. Za nią biegła linia kostki brukowej, upamiętniająca szlak muru berlińskiego, po prawej stronie od bramy można było zauważyć gmach Reichstagu, z którego prowadził wojnę Hitler i był to główny cel wojsk radzieckich w maju 1945 r. Kostka brukowa biegła między Bramą Brandenburska a Reichstagiem czyli w okresie 1961-1989 Reichstag należał do strefy zachodniej. Nasza trasa kierowała nas w lewo od bramy, w stronę Placu Poczdamskiego. Na granitowych płytach chodnika nie sposób było iść bez charakterystycznego przybicia naszych podkutych stalą butów, co zwróciło uwagę  na grupkę ludzi wyzwolonych seksualnie, ubranych tak jak to widzieliśmy w tv z relacji parad równości. Kiedy zbliżaliśmy się do nich, można było zauważyć że cichną ich rozmowy, a każda pomalowana na różne kolory głowa kierowała wzrok w naszym kierunku. Można było się spodziewać różnej reakcji z ich strony kiedy zbliżaliśmy się do nich, ale ku naszemu zdziwieniu, grupa ta zaczęła się rozchodzić, a parę osób które pozostały, mijając ich dosłyszeliśmy jak jeden pyta drugiego-Co to za wojsko? Ten drugi odpowiedział, że chyba sowiecka armia. Po tym doświadczeniu można było się domyśleć że Ci młodzi Niemcy, wystraszyli się, biorąc nas za neonazistów, a kiedy przeszliśmy obok nich nie mieli pojęcia jak wyglądali żołnierze armii ludowej NRD, biorąc nas za Rosjan. Potsdamer Platz był podzielony murem, dziś już tam nie ma śladu po tych czasach, ale jedynie co świadczy o tej sytuacji to zielony szeroki trawnik który kiedyś był terenem ziemi niczyjej tzw. strefy śmierci która była pomiędzy dwoma murami granicznymi. Budynki jakie stoją na Potsdamer Platz to nowoczesna architektura, która nie jest starsza niż dwadzieścia lat.

Kiedy Sowieci wkroczyli do Berlina, stąpali po gruzie zbombardowanych domów i kamienic. Po wojnie odbudowano część zabudowań, ale kiedy na mapie zaznaczono linię muru biegnąca przez środek Potsdamer Platz, Budynki które przeszkadzały w utrzymaniu granicy, były burzone, dopiero po roku 89 roku na Potsdamer Platz był ostatecznie odbudowany. Niedaleko od Placu Poczdamskiego leży ulica, która w czasie wojny kojarzyła się z najgorszym. Prinz-Albrecht-Straße – ta nic nieznacząca nazwa nosi znamię największego okrucieństwa XX w. Na tej ulicy stał gmach głównego urzędu bezpieczeństwa rzeszy, którą kierował Heinrich Himmler, po tej siedzibie dziś nie ma śladu, a na miejscu gdzie stał budynek, jest wielka dziura, która  powstała na skutek zlikwidowania fundamentów w którym kryły się cele więzienne i pewnie tajne kancelarie z ukrytymi sejfami pełnych dokumentów. Teren ten jest teraz zagospodarowany jako park gdzie stoją tablice informujące o tym miejscu.  Po wykorzenieniu tego gmachu zła, nazwę ulicy na której stał  zmieniono, na   Niederkirchnerstraße. W tej chwili nowa nazwa ulicy która nie kojarzy już miejsca z siedzibą Himmlera, ale przypomina o sytuacji z lat 61-89.

Niederkirchnerstraße należała do wschodnich Niemiec, ale jej krawędź była już granicą na której stał mur. Dziś na pamiątkę można tam zobaczyć dwustumetrowy odcinek Muru Berlińskiego pozostawionego w takim stanie jaki był w roku 89.  Mur jest ogrodzony płotem, zabezpieczającym przed wandalami, którzy mieli by ochotę wypisać na nim swoje graffiti. Ten krótki odcinek pokazuje jaka siła zmusiła ludzi do jego rozbicia, na całej długości, tyle ile można było dosięgnąć, mur jest  obkuty z betonu, odsłaniając  druty zbrojeniowe. Dzięcioły murowe – taki przydomek nosili ludzie którzy małymi przecinakami odkuwali kawałki muru, które niejednokrotnie były sprzedawane jako symbol wolności. Dziś jest cała siec sklepów pamiątkarskich gdzie można kupić betonowe kamienie, które noszą certyfikat oryginału. Niederkirchnerstraße, które miało nie kojarzyć negatywnych epizodów historii, wytrzebiając okres wojny, SS i gestapo teraz przypomina o Murze i o Stasi –  bezpiece DDR, którego muzeum stoi na tej ulicy. Oprócz tych mrocznych miejsc napotkaliśmy na kolorową bazę trabantów, które służą jako pojazdy wynajmowane turystom do zwiedzania Berlina. Obok tej bazy z trabantami, przez przypadek znaleźliśmy sławną atrakcje Berlina, a jest nią ogromny balon z platformą widokowa, który wypuszczany w niebo na uwięzi, ujawnia piękną panoramę miasta. Po całym dniu zwiedzania doszliśmy do punktu granicznego Checkpoint Charlie, z którego wsiedliśmy do pociągu metra i wróciliśmy do hotelu, gdzie przy zimnym niemieckim piwku planowaliśmy kolejny i ostatni dzień w Berlinie. Ostatni dzień miał być dniem zakupów, na mapie mieliśmy zaznaczone miejsca gdzie są targowiska ze starociami. Każdy z nas miał przygotowaną listę czego mu brakuje z umundurowania. Problem tkwił w tym ze te targowiska były w dalekich odległościach od siebie. Pierwsze targowisko, które było nam polecone było najdalej wysunięte od naszego hotelu, więc wsiedliśmy do S-bahny i pojechaliśmy do dzielnicy Charlottenburg, która mieściła się po zachodniej części Berlina, jakieś 10 km od naszego hotelu. Dzielnica ta mieści się na zachodniej części Berlina w historycznym sektorze brytyjskim, gdzie w linii prostej od Bramy Brandenburskiej mieści się ogromny park miejski tak zwany Tiergarten. Ulica Unter der Linden, główna ulica w Berlinie na której stoi Brama Brandenburska biegła od Aleksander Platz aż do dzielnicy  Charlottenburg. Zmieniło się to dopiero w roku kiedy władze DDR wybudowały Mur Berliński, a za Bramą Brandenburską powstała granica między wschodem a zachodem. Podział ten zmusił władze do zmiany nazwy ulicy po stronie zachodniej, nazywając ją  Straße des 17. Juni. Nazwa ta przypomina wydarzenie upamiętniające powstanie ludności Berlina Wschodniego przeciw władzy komunistycznej w 1953 roku. Kiedy z dworca na  Charlottenburg wyszliśmy na ulicę Straße des 17. Juni  z daleka było widać jak stoi po środku sześciopasmowej ulicy ogromna statua z pozłacaną figura Wiktorii. Siegessäule (Kolumna Zwycięstwa) która stoi tam od 1864 roku upamiętniająca zwycięstwo Prus nad Danią.

Na polecenie Adolfa Hitlera kolumna ta została przeniesiona w 1939 roku spod Reichstagu na teraźniejsze miejsce, dodatkowo kolumna jest wyższa o jedną kondygnację. A  w roku 1945 roku, kiedy do Berlina wkroczyły wojska Radzieckie wraz z Armią Polską,1 dywizja Kościuszkowska wetknęła na kolumnie znak zwycięstwa trzy Polskie flagi. Kolumna ta stoi na środku ulicy aby można było podejść pod samą kolumnę ,trzeba przejść podziemnym korytarzem który biegnie pod sześcioma pasami ulicy Straße des 17. Juni. Ciekawostką jest to że kiedy przechodziliśmy tym korytarzem który jest wyłożony marmurowymi płytami, można było zauważyć dokręcone dwie ogromne płyty które najprawdopodobniej zakrywają niemieckie orły z czasów III rzeszy. Statua zwycięstwa biegnie w linii prostej przez Bramę Brandenburską aż pod wieże na Aleksander Platz. Kiedy wracaliśmy z targowiska na którym udało nam się kupić parę brakujących drobiazgów, natrafiliśmy na kolejny ciekawy element historii Berlina. Jakieś dwieście metrów od Bramy Brandenburskiej z lewej strony parku Tiregarten wyłoniły nam się lufy czołgów t-34. Kiedy podeszliśmy bliżej w głębi okazał nam się ogromny pomnik zwycięskiej Armii Radzieckiej.

Pomnik ten został wybudowany ze zburzonej kancelarii Rzeszy i został odsłonięty 11 listopada 1945 przez Gieorgija Żukowa z okazji rocznicy rozpoczęcia rewolucji październikowej. Przy odsłanianiu pomnika uczestniczyły delegacje wojskowe z wszystkich czterech zwycięskich mocarstw. Problemem była sytuacja kiedy Tiergarten zostało przydzielone do sektora Brytyjskiego, które to władze Brytyjskie były odpowiedzialne za ochronę tego pomnika wraz z żołnierzami radzieckimi pełniącymi wartę honorową. Dziś ku naszemu zaskoczeniu pomnik jest w stanie idealnym a jego utrzymanie jest w gestii urzędu miasta Berlina. Pomnik stoi w bezpośrednim sąsiedztwie Reichstagu, który jak wiadomo był miejscem gdzie ważyły się losy Europy w latach 1933-1945. Niestety do Reichstagu nie weszliśmy bo w tym czasie z wizytą przyjechał francuski prezydent Nicola Sarkozy i Reichstag był zamknięty dla odwiedzających. Musieliśmy pocieszyć się wyglądem z zewnątrz.

Budynek po tak ciężkich epizodach historycznych, prezentuje się niezwykle okazale, jego ogromne granitowe ściany noszą blizny wojny, ale te ślady bardziej przypominają zadrapania, a nie bruzdy po atakach artylerii czy bombardowań aliantów. Dziś zainstalowane opancerzone okna i przeszklona kopuła zdradza że budynek został gruntownie przebudowany w wewnątrz, a jego neorenesansowy styl z 1894 jest zachowany tylko powierzchownie.

 

Comments are closed.